Kto śledzi wpisy na blogu, ten wie, że nie pałam miłością do ZUSu. Od stycznia co miesiąc publikuję uszczypliwe wpisy o święcie ZUS.
Co mi się nie podoba w ZUS?
Wszystko – sam system ubezpieczeń społecznych, ale też instytucja jako taka.
Zacznijmy od tego, że moim zdaniem ten system jest kulą u nogi polskiego przedsiębiorcy. Ktoś, kto ma pomysł na biznes, musi się zmierzyć od samego początku z obowiązkiem płacenia składek, i to niezależnie od tego, czy mu się wiedzie, czy nie. Pierwsze dwa lata prowadzenia działalności przelatują w okamgnieniu i nagle okazuje się, że trzeba zwijać interes, bo nie ma z czego ZUS zapłacić.
Pamiętam jak na studiach na wykładzie z prawa ubezpieczeń społecznych zagotowała się we mnie krew, gdy jeden z nauczycieli akademickich wypowiedział się z pogardą o takich przedsiębiorcach: „jak ich nie stać na opłacenie składki, to znaczy, że są niezaradni i niech zajmą się czymś innym”.
A przecież to dzięki przedsiębiorcy nasza gospodarka idzie jakoś do przodu. Dzięki temu, że chce mu się wstać wcześnie rano do roboty, przez cały dzień harować jak wół, a potem przed samą nocą siąść do komputera, żeby odpisać na maile, w okolicach dziesiątego zapłacić tzw. składkę ZUS, dwudziestego PIT, a dwudziestego piątego VAT.
To dzięki przedsiębiorcy półki w sklepie uginają się pod ciężarem towaru. To przedsiębiorca prowadzi warsztat, do którego oddajesz zepsuty samochód. To przedsiębiorca przychodzi do Ciebie zreperować pralkę, lodówkę, junkers. Nawet w tych wszystkich przypadkach, w których spotykamy się z marakami olbrzymich spółek, dla których składka ZUS jest nieodczuwalna, to pamiętajmy, że ci więksi posługują się dużo mniejszymi podwykonawcami. Bez tych małych ci duzi by nie istnieli, a dla tych małych składka ZUS stanowi duże obciążenie.
Nie, to nie tych rzekomo niezaradnych należy usunąć z rynku. To trzeba usunąć raczej system, tę zmorę gospodarki.
Moim zdaniem również ZUS jako instytucja rzuca kłody pod nogi polskiemu przedsiębiorcy. Kto nie słyszał o wzmożonych ostatnio kontrolach ZUS, których celem jest wykazanie, że przedsiębiorcy nie odprowadzali należnych składek z tytułu zatrudniania pracowników na umowę zlecenie? Faktycznie przedsiębiorcy mają zawarte nieozusowane umowy o dzieło ze swoimi podwykonawcami, natomiast ZUS kwestionuje te umowy i wydaje decyzje, w których stwierdza, że są to umowy zlecenia i każe przedsiębiorcom płacić składki kilka lat wstecz.
W zeszłym roku trafiła do mnie sprawa pewnej spółki z o. o., na rzecz której ok. 40 osób wykonywało prace na podstawie umowy o dzieło. ZUS przeprowadził w spółce kontrolę i wydał ok. 40 decyzji, w których ustalił, że te 40 osób świadczyło pracę na podstawie umów zlecenia, które dla zmylenia przeciwnika zostały nazwane umowami o dzieło. Gdyby te decyzje ostały się, oznaczałoby to dla owej spółki upadłość, albowiem w kolejnym kroku musiałaby zapłacić ZUSowi jakieś pół miliona złotych.
Na szczęście w wyniku napisanych przeze mnie odwołań ZUS w ramach samokontroli zmienił zaskarżone decyzje i umorzył ok. 40 postępowań. Spółka została uratowana od bankructwa.
A wiesz, co mnie najbardziej bulwersuje w tej sprawie?
To, że urzędnik ZUS nie zbadał jej z należytą starannością przed wydaniem owych 40 decyzji. Odwołania zawierały przede wszystkim argumentację prawną, stan faktyczny nie był kwestionowany. Bulwersujące jest to, że urzędnikowi nie chciało się otworzyć komentarza do kodeksu cywilnego, żeby sprawdzić, jaka jest różnica pomiędzy umową o dzieło a umową zlecenia. Przez to urzędnicze lenistwo średniej wielkości spółka została zagrożona bankructwem. Albo było to świadome działanie urzędnika, który liczył na to, że spółka się nie odwoła.
Nie przeczę, że w ZUSach często pracują miłe i pomocne panie. Jednakże ten wyżej opisany przeze mnie przypadek (i wiele innych) pokazuje, że ZUS nie jest instytucją przyjazną dla przedsiębiorcy.
A gdyby tak zlikwidować ten wprowadzony przez Bismarcka system?









